Andrzej Góralczyk
Gdy wielka firma przystępuje do opanowania nowego rynku, zazwyczaj kradzież jej własności intelektualnej przynosi jej wielkie korzyści. Gdy już ten rynek opanuje, nowe korzyści uzyskuje jeśli zdoła przerzucić zadanie i koszty ochrony jej praw na państwo i podatników.
Od niedawna komercyjne firmy software'owe w Polsce korzystają z państwowej ochrony swych praw wynikających z posiadania własności intelektualnej. Dlaczego dopiero ostatnio, a nie od dawna, skoro piractwo komputerowe od dawna jest u nas plagą?
Łatwo to zrozumieć na przykładzie. Oto najbardziej popularny komercyjny pakiet programów biurowych. Przypomnijmy sobie, że jeszcze 10-15 lat temu nie miał dominującej pozycji na rynku. Najwięksi instytucjonalni odbiorcy software'u, mianowicie uczelnie wyższe, korzystały z edytora Word Perfect. Podobnie polskie oddziały dużego biznesu międzynarodowego. Natomiast mały biznes używał aplikacji działających pod systemem DOS choćby dlatego, że tylko one pozwalały na druk dokumentów z przebitkami, na drukarkach igłowych. Tylko drzwi użytkowników indywidualnych były szeroko otwarte dla „okienek”, wszakże pod warunkiem, że za darmo, bo cena producenta nie odpowiadała zamożności tego rynku. Dla niewielkich firm, problem ceny był jeszcze bardziej bolesny, bo należałoby kupić wiele licencji...
Komputerów domowych przybywało, przybywało kosztownych drukarek laserowych i atramentowych, więc rosła popularność aplikacji z interfejsem graficznym. Dostawcy takich aplikacji nadal nie troszczyli się o swoje prawa. Przeciwnie, nawet skłaniali swych partnerów technologicznych do wypuszczania programów nieodpłatnych. To był świetny interes bo opanowanie rynku prawie nic nie kosztowało!
Dzisiaj, gdy dostawcy wspomnianego oprogramowania mają już praktycznie monopol na znacznie bogatszym rynku, piractwo komputerowe istotnie ogranicza ich zyski. Jednakże ochrona przed piractwem kosztuje, więc dostawcy dokonali rzeczy wydawałoby się niemożliwej – załatwili sobie ochronę państwową. Ściganiem piratów komputerowych zajmują się z urzędu funkcjonariusze państwowi, zainteresowani nie muszą.
Konflikty
Istotą prawa własności intelektualnej jest to, że daje ono właścicielowi monopol na czerpanie pożytków z wytworów twórczości. To swoista beczka prochu i nic dziwnego, że stale wybuchają konflikty na tle stosowania tego prawa oraz łamania go.
Do niedawna emocje opinii publicznej były rozgrzewane informacjami na temat naruszania tego prawa (kradzież, piractwo, podróbki) i omijania go (obchodzenie patentów, tzw. odwrotna inżynieria itp.). Dzisiaj coraz częściej wychodzi na jaw druga strona medalu, mianowicie nadużycia w rodzaju nieuzasadnionego rozszerzania jego przedmiotu (np. patentowanie formuł matematycznych) czy zawłaszczanie sfery publicznej za jego pomocą. Ta druga strona medalu jest mało znana, więc poświęcę jej tutaj więcej miejsca.
Konflikty ekonomiczne wokół prawa własności intelektualnej pojawiły się wraz z tym prawem, w epoce szekspirowskiej. Wtedy to w Anglii drukarze otrzymali koncesje na wyłączność publikacji utworów nabytych od twórców. Koncesje te, pod nazwą copyright (prawo do kopiowania) miały wówczas postać przywilejów królewskich, a konflikty wybuchały zarówno wśród rywalizujących ze sobą drukarzy zabiegających o przywileje, jak i pomiędzy drukarzami i twórcami.
Dzisiaj jest więcej stron konfliktu o prawo do czerpania pożytków z własności intelektualnej, wchodzi bowiem w grę interes społeczny oraz interes użytkownika produktów pracy twórczej. Oto przykłady:
Firmy farmaceutyczne wchodząc na rynki krajów rozwijających się uprawiają tzw. biopiractwo – znalezione w tych krajach tradycyjne środki lecznicze (zazwyczaj ziołowe) patentują, po czym sprzedają już pod własną marką.
Wielkie wydawnictwa narzucają drakońskie ceny na czasopisma naukowe. Jeden rocznik – kilka do kilkunastu zeszytów – nierzadko kosztuje 5-6 tysięcy dolarów i taką cenę zmuszone są płacić biblioteki uniwersyteckie. Inna rzecz, że zapewnienie wysokiego poziomu merytorycznego jest kosztowne, gdyż uzyskuje się go poprzez wielokrotne recenzje, nierzadko wielu kolejnych wersji danego artykułu.
Wojny patentowe. Robi się na nich różne interesy, ale jeden jest szczególnie sprzeczny z interesem społecznym, mianowicie masowe kupowanie patentów, aby zahamować rozwój technologii i produktów w danej dziedzinie. O tym będzie więcej w rozdziale o gospodarowaniu własnością intelektualną.
Ograniczanie zobowiązań wydawców i praw twórców. Przykładem może być nasze prawo autorskie, które w praktyce zwalnia wydawców z obowiązku upowszechnienia zakupionych utworów, upoważnia natomiast do dowolnej przeróbki dzieła, czyli w istocie do niszczenia go. Prawo to traktuje utwór jako przedmiot posiadania, a nie jako dobro wspólne. Stronami poszkodowanymi są twórcy i społeczeństwo.
Wymuszanie na użytkownikach nieuzasadnionych zakupów „nowych wersji” produktu powstałego na bazie wytworów twórczości. Przykładem najbardziej jaskrawym jest polityka wielkich dostawców komputerów i oprogramowania prowadząca do tego, że dzisiejszy komputer jest tysiące razy „mocniejszy” niż ten sprzed lat 15, ale „robi” właściwie to samo, co ten „stary”. To nie tylko niepotrzebny wydatek użytkownika, ale przede wszystkim gigantyczne marnotrawstwo zasobów intelektualnych i technicznych. Z tego punktu widzenia, wbrew mylącym hasłom, sektor IT jest chyba najmniej innowacyjnym przemysłem na świecie!
Prawa użytkowników – świat komercji
Tu będzie skrótowo i mało precyzyjnie, bo nie jestem prawnikiem, a chodzi tylko o pokazanie głównych punktów spornych. Są dwa takie punkty: dozwolony użytek osobisty oraz wykorzystanie komercyjne.
Według przedwojennych konwencji o prawie autorskim, których Polska jest stroną, nieodpłatnie można korzystać z cudzych utworów w celach naukowych, kulturalnych i edukacyjnych. Warunkiem jest tylko powołanie się na autorów (nie na wydawcę). Dotyczy to także literatury patentowej (wolno cytować cudzy patent, a cytowanie we własnym zgłoszeniu patentowym jest wręcz wskazane).
Dzisiaj, dzięki upowszechnieniu technik elektronicznych niezwykle łatwo jest sporządzać i transmitować kopie utworów dających się zapisać w postaci cyfrowej. Stąd też granica tego, co można uznać za użytek osobisty rozmywa się. Konsensus obecnie panujący w tej kwestii stanowi, że np. oglądanie filmu DVD wspólnie z członkami rodziny i gośćmi w domu nie wykracza poza granicę użytku dozwolonego. Podobnie oprogramowanie można zapisać na dwóch komputerach (np. służbowym i prywatnym), ale w danym czasie korzystać z niego tylko na jednym komputerze. Utwory obce zamieszczone w Internecie można wykorzystywać w granicach określonych w licencji lub w klauzuli copyright zamieszczonej na witrynie wydawcy.
Punktem spornym jest kwestia patentowania wyników badań naukowych. Od dawna trwa nacisk wielkich korporacji na patentowanie oprogramowania. Teoretycznie jest to niedopuszczalne, ale np. w USA można obejść to ograniczenie przedstawiając do opatentowania nie kod programu, lecz jego schemat blokowy i opis działania jako „urządzenia”. W ślad za tym korporacje naciskają na możliwość patentowania algorytmów i formuł matematycznych.
Obszarem głośnych konfliktów są próby zastrzegania praw do wyników badań genotypów różnych organizmów. Wyniki niektórych takich badań są szczególnie atrakcyjne dla firm farmaceutycznych, gdyż dają wskazówki do opracowań leków na choroby o podłożu genetycznym. Kilkanaście lat temu na przykład rozgorzała zacięta rywalizacja między firmami prowadzącymi takie badania, a projektami badawczymi finansowanymi ze środków publicznych. Z tego co wiem wygrały w końcu owe projekty. W każdym razie kompletne sekwencje genów są dostępne dla każdego w Internecie nieodpłatnie, ale technologia tych badań rozwija się i wygrana nie musi trwać wiecznie.
Dążenie korporacji do zawłaszczania sfery publicznej prowadzi niekiedy do absurdów, takich jak próby patentowania kolorów bądź określonych liczb (286), uzyskiwania znaków towarowych na tradycyjne wydarzenia (np. jarmarki) itp.
W mniej lukratywnych dziedzinach uniwersytety sektora publicznego są zachęcane do sprzedawania przemysłowi licencji na wykorzystanie wyników uczelnianych badań, w intencji zbliżenia ich „do życia”. Jednakże czasem protesty wzbudzają próby udzielania takich licencji firmom na wyłączność. Uzasadnienie: wynalazki opracowane za środki publiczne są dobrem wspólnym.
Popularny staje się ostatnio postulat, aby leki ratujące życie były sprzedawane w krajach biednych i rozwijających się „po kosztach”. Uzasadnienie: życie ludzkie nie może być mniej ważne od zysków przedsiębiorstwa, zwłaszcza w przypadkach, gdy ludzie umierają na choroby uleczalne farmakologicznie.
Drugi punkt: wykorzystanie komercyjne. Dawniej sprawa była prosta – nielegalne wykorzystanie komercyjne to czerpanie pożytków ze sprzedaży kopii lub podróbek przedmiotu chronionego omawianym prawem, a także podszywanie się w tym samym celu pod posiadacza praw własności intelektualnej. Dzisiaj w dokumentach trudno znaleźć tę definicję albo inną równie jasną, a coraz częściej zamiast „sprzedaży” mamy sformułowania w rodzaju „działalność zarobkowa” ”osiąganie korzyści” itp. Ta niejasność i ogólnikowość może być źródłem dochodu z odszkodowań gdy udowodni się na przykład że obca ilustracja wydrukowana w programie teatralnym w istocie służy reklamie, a więc „osiąganiu korzyści”.
Prawa użytkowników – świat wolności
Logika odwrotna do powyższej nazywana bywa przekornie copyleft, na zasadzie gry słów w języku angielskim. Realizowana jest, od strony prawnej, przez całe zastawy standardowych licencji dających użytkownikowi prawo do nieodpłatnego wykorzystania dzieła, a w niektórych wypadkach także do zmieniania go pod określonymi warunkami.
W przypadku oprogramowania licencje "otwarte" dają użytkownikowi dostęp do kodu źródłowego (licencje Open Source).
Wbrew nader rozpowszechnionym mniemaniom prawie cały sektor tworzenia i upowszechniania dzieł „wolnych” nie stanowi domeny zabawy niedouczonych amatorów, lecz prowadzony jest lub przynajmniej sponsorowany przez firmy komercyjne, działające dla zysku. W dziedzinach najbardziej zaawansowanych technologicznie dzieła powszechnie dostępne powstają na uniwersytetach.
Oto garść przykładów z rynku otwartego.
Czasopisma naukowe. Obecnie ponad 20% tytułów udostępnianych jest czytelnikom nieodpłatnie (w Internecie), a produkowanych według modelu biznesowego Open Access. Koszty produkcji i zysk wydawnictwa pokrywa najczęściej pracodawca badacza, czasem także sponsor. Dla uniwersytetu bądź nawet niewielkiego instytutu jest to opłacalne, gdyż np. za publikację 10 artykułów rocznie napisanych przez własnych pracowników trzeba zapłacić 2000 dolarów, ale nie trzeba wydawać dziesiątek lub setek tysięcy dolarów za kilkanaście czy kilkadziesiąt subskrypcji czasopism kupowanych w wydawnictwie „tradycyjnym”. Największe polskie wydawnictwo czasopism naukowych, publikujące głownie prace naukowców z naszego regionu Europy to firma prywatna działająca właśnie według modelu Open Access.
Trzeba dodać, że dla naukowców istotne jest pierwszeństwo odkrycia, dla wielu także rozgłos w danej dyscyplinie i możliwość szerokiej dyskusji, więc wielu umieszcza swoje referaty robocze w specjalnych serwisach internetowych, w których te prace są dostępne nieodpłatnie. Dla studentów i nowicjuszy jest to cenne źródło orientacji w najnowszych ideach i obiecujących kierunkach badań.
Otwartą twórczość naukową uzupełnia otwarta edukacja. Niektóre czołowe uniwersytety przystąpiły do projektu Open Courseware i publikują sylabusy, notatki wykładowców, materiały do ćwiczeń, a nawet filmy wideo z nagranymi pełnymi wykładami. W zasadzie wszytko oprócz podręczników i książek innych autorów. Materiały te są dostępne nieodpłatnie w Internecie.
Indywidualni artyści (graficy, fotografowie, filmowcy) oraz zespoły muzyczne publikują swoje utwory w specjalizowanych serwisach internetowych takich jak Flickr, Jamendo czy Vimeo i na część tych utworów udzielają użytkownikom licencji Creative Commons. Zestaw tych standardowych licencji jest pokaźny, bowiem uwzględnia rozmaite uprawnienia użytkowników i rozmaite warunki korzystania z tych uprawnień. Najprostszy warunek to powołanie się na autora, a ostrzejsze warunki to na przykład zakaz wykorzystania komercyjnego, zakaz zmieniania dzieła czy obowiązek udzielenia takiej samej licencji na dzieła zmienione. Olbrzymia większość ilustracji w moim wydawnictwie pochodzi właśnie z takich serwisów, i została wybrana spośród utworów, których licencja zezwala na komercyjne ich wykorzystanie.
Oprogramowanie o kodzie otwartym zazwyczaj rozwijane jest przez społeczności twórców i użytkowników. Społeczność taka może liczyć nawet wiele tysięcy osób i pracuje pod przywództwem specjalisty wysokiej klasy bądź niewielkiej grupy specjalistów. Przeważnie grono kluczowych twórców to pracownicy firmy komercyjnej prowadzącej projekt albo osoby wynagradzane przez instytucje sponsorujące, na przykład fundacje. Oprogramowanie udostępniane jest nieodpłatnie pod określonymi warunkami.
Dla firm komercyjnych przystępujących do projektu Open Source najcięższym warunkiem bywa obowiązek udzielania takiej samej licencji na te części oprogramowania, których rozwój sfinansowała. Jednak praktyka pokazuje, że konkurowanie w sektorze informatyki nie musi polegać na trzymaniu kodu programu w tajemnicy. Natomiast niebagatelną korzyścią w omawianym modelu biznesu jest intensywna innowacyjność, a więc możliwość skutecznego konkurowania ze światową czołówką firm komercyjnych mimo ponoszenia stosunkowo niewysokich kosztów.
Z perspektywy ostatnich 20 lat widać, że olbrzymia większość innowacji o dużym znaczeniu społecznym i technicznym powstała właśnie w obszarze swobodnego przepływu idei i swobodnego dostępu do rezultatów pracy twórczej. Rezultatem o niewątpliwie najdonioślejszym znaczeniu cywilizacyjnym jest Internet.
Wysoka innowacyjność i cywilizacyjna doniosłość rezultatów wytworzonych w obszarze twórczości wolnej od ograniczeń jest bardzo istotnym argumentem podpierającym opinie środowisk kwestionujących tradycyjne prawa ochrony własności intelektualnej.
Innowacyjność i dynamika przemysłowa
Do połowy lat 1980-tych opracowaniem innowacyjnych produktów zajmowały się zarówno wielkie, jak i najmniejsze przedsiębiorstwa. Jednakże przewaga wielkich była na ogół nieznaczna, co oznaczało, że nie są one w stanie skutecznie opanowywać rynków lokalnych, na których małe firmy radziły sobie dobrze, osiągając w miarę wysokie ceny ale oferowały większą elastyczność w dostosowywaniu swojej oferty i sposobu działania do swoich niszowych rynków. Słabością małych firm były wyższe koszty, ale dzięki rewolucji w zarządzaniu operacyjnym płynącej z Japonii, przewaga kosztowa gigantów nie była dla nich rujnująca. Klienci na zamożnych rynkach krajów rozwiniętych byli wrażliwi na nowości i wysoka jakość, więc innowacyjne produkty sprzedawały się jak ciepłe bułeczki.
Zwrot w polityce wielkich firm nastąpił na wielu frontach. W ciągu 6 lat, pomiędzy 1986 a 1993 rokiem innowacyjność produktowa, mierzona jako udział produktów innowacyjnych wśród produktów nowych, obniżyła się 3-krotnie! Zasoby inżynierskie i menedżerskie wielkich firm zostały przerzucone na innowacje organizacyjne. Co prawda z początku kończyły się one klęską (np. tzw. reengineering), ale w ciągu mniej więcej 10 lat, wsparte klasycznym "dokręcaniem śruby" oraz redukcją udziału wynagrodzeń w wartości dodanej, doprowadziły do zwiększenia przewagi kosztowej gigantów nad firmami małymi. Jednocześnie silna, agresywna propaganda niskiej ceny sprawiła, że konsumenci uwierzyli w magię taniochy i tandety. Na przykład we Francji, w której początkowo ok 75% konsumentów ceniło wysoką jakość za rozsądną (godziwą) cenę, a tylko 25% preferowało niską cenę, w ciągu kilku lat proporcje uległy odwróceniu. Innowacje gigantów w dziedzinie masowej dystrybucji umożliwiły szybki rozwój sieci detalicznych (hipermarketów), które tanimi produktami opanowywały rynek konsumpcyjny, nierzadko niszcząc okoliczny mały biznes. Wzorcem dla omawianego modelu biznesu stał się słynny Wall Mart.
Do pełnego zwycięstwa brakowało tylko wygranej z małymi producentami i firmami usługowymi w dziedzinie innowacji, w dodatku w warunkach zredukowanych nakładów wielkich firm na tę dziedzinę aktywności. Skutecznym rozwiązaniem okazało się skojarzenie polityki innowacyjnej z cyklami koniunkturalnymi.
Na ogół przyjmuje się, ze początkiem cyklu koniunkturalnego jest faza stagnacji. W moich badaniach sektorowych traktowałem tę fazę jako zakończenie cyklu i dzięki temu miałem okazję zaobserwować zjawiska częściowo ujawniające omawianą politykę wielkich firm.
W tamtych latach długość cyklu koniunkturalnego w większości gałęzi przemysłu konsumpcyjnych wyrobów przemysłowych oraz maszyn i urządzeń była dość wyrównana i wynosiła 6-8 lat. Tyle samo czasu trwało opracowanie nowej generacji wyrobów i usług. Toteż reorientacja polityki innowacyjnej wielkich firm polegała nie na cięciu wszystkich kosztów, lecz tylko kosztów z pierwszej fazy procesu innowacyjnego, w której trzeba sfinansować wstępne badania np. w 50 tematach, aby następnie większość przerwać i ponieść straty, a rozwijać dalej tylko 1-2 produkty o największym potencjale rynkowym. Ten proces kreacji i selekcji został mocno zredukowany, natomiast utrzymano finansowanie i usprawniono projekty rewitalizacji produktów, tzn. wprowadzania niewielkich zmian konstrukcyjnych i funkcjonalnych, nowych modnych opakowań itp. W tym nurcie stale następuje powolny, ale dość systematyczny wzrost.
Dla niewielkiej firmy najtrudniejsza jest ostatnia faza cyklu innowacyjnego, mianowicie przygotowanie dojrzałego produktu do wypuszczenia na rynek i samo wypuszczenie. Innowatorzy na ogół nie są dobrymi sprzedawcami. Na tym etapie zazwyczaj poszukują inwestorów. Jedni znajdują, inni nie, a jeszcze inni korzystają z środków publicznych (program Innowacyjna Gospodarka w części adresowanej do małych firm nastawiony jest właśnie na wsparcie fazy wypuszczania na rynek, a nie na opracowanie innowacji).
Wielkie firmy poskładały puzzle opisane powyżej. Już nie finansują fazy kreacji i filtrowania, lecz zwyczajnie czekają aż liczne małe firmy wykreują i opracują nowe wyroby i usługi i część z tych projektów upadnie odfiltrowana przez rynek. Po czym kupują te firmy, które opracowały obiecujące produkty. Pozostałe nie stanowią zagrożenia, gdyż upadają albo rezygnują z ambicji, ponieważ w fazie stagnacji w cyklu koniunkturalnym nie wytrzymują konkurencji w wojnie kosztowej narzuconej przez gigantów. W sumie dość prosty manewr.
Wojny patentowe i regulowanie innowacji
Według powszechnego mniemania masowe wykupywanie patentów służy blokowaniu konkurentów, wiążąc im ręce w dziedzinie opracowania innowacyjnych produktów. Praktyka pokazuje jednak, że kryje się za tym także polityka sterowanego tłumienia innowacyjności.
Mam takie wspomnienie z połowy lat 1990-tych, niezbyt precyzyjne i być może uproszczone. Otóż w tym czasie pojawił się na orbicie komplet satelitów telekomunikacyjnych przygotowanych do transmisji obrazu telewizyjnego wysokiej rozdzielczości (HD). Technologie przetwarzania takiego obrazu były już wówczas dojrzałe, lecz jeszcze przez wiele lat nieobecne na rynku konsumpcyjnym. Dlaczego? Dlatego, że pozostało jeszcze wiele starych technologii, których potencjał rynkowy nie został w pełni wykorzystany. Trzeba było sprzedać jeszcze wiele milionów telewizorów starszych generacji, aby uzyskać zwrot z inwestycji w ich opracowanie. Po drodze kilka lat sprzedaży urządzeń do powiększonej telegazety, potem kilka lat sprzedaży głowic szerokopasmowych itd. Nowe „generacje” produktów były wprowadzane po kolei i nie za szybko, gdyż dzięki temu można było wyciągać z rynku stabilny strumień pieniędzy z generacji na generację.
Podsumowanie
Opisałem tutaj szereg przykładów ilustrujących ogniska konfliktów wokół prawa własności intelektualnej i stosowania go, panujących w praktyce gospodarczej. Istotę większości z nich można ująć w pytaniu o zakres swobody w korzystaniu z produktu pracy twórczej przez posiadacza praw własności intelektualnej oraz przez społeczeństwo. Tradycyjne rozwiązania uznające prymat własności prywatnej nad własnością wspólną są coraz powszechniej kwestionowane.
W ubiegłych dziesięcioleciach zarzewiem „walki o własność kultury” były przypadki zawłaszczania sfery publicznej przez korporacje. Nowe możliwości korzystania z kultury jako dobra wspólnego, powstałe dzięki rozwojowi technologii cyfrowych i środków elektronicznej komunikacji sprawiły, że tradycyjne prawo własności intelektualnej jest dziś anachronicznym przeżytkiem. Odbywa się więc globalna walka między korporacjami próbującymi petryfikować to anachroniczne prawo, a użytkownikami. Co gorsza, nie ma konkretnych propozycji modernizacji prawa, więc konflikt narasta.
Piszę to w momencie, gdy konflikt wylewa się z Internetu na ulice. Sytuacja jest bardzo napięta i trzeba szybko szukać dobrych rozwiązań. Proszę więc Czytelnika o wybaczenie, że powyższy tekst jest zniechęcająco długi, ale to dlatego, że naprawdę nie miałem czasu.
-------------
Patrz także:
http://dialogbulletin.eu/pl/blogs/andrzejg/defraudacja-wolno%C5%9Bci
http://dialogbulletin.eu/pl/blogs/andrzejg/napar-z-rumianku
Przynależność do grup:
Wysoka innowacyjność i cywilizacyjna doniosłość rezultatów wytworzonych w obszarze twórczości wolnej od ograniczeń jest bardzo istotnym argumentem podpierającym opinie środowisk kwestionujących tradycyjne prawa ochrony własności intelektualnej.





Dodaj komentarz